Rozdział spóźniony za co was przepraszam bardzo. :* Ale jest! :D Dziękuję każdemu za wspaniałe komentarze, bo to one mnie motywują do dalszego pisania! <3 Rozdziały miałam zamiar dedykować różnym osobom, ale ze względu na WSPANIAŁY, NIESAMOWITY i CUDOWNY komentarz Lupus Lumos, do znowu do niej należy dedyk! ;* Nie przedłużając zapraszam do czytania. <3
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
- Hej, Ginny, jestem Nikki Crouch, koleżanka twoich braci. – wysoka
szatynka z szerokim uśmiechem podeszła do o wiele niższej rudej nastolatki.
- Hej, miło mi cię poznać. – odparła
z lekkim uśmiechem Weasley.
Siedziała właśnie przy stole Gryfonów na obiedzie który powoli dobiegał
końca.
- Mam dla ciebie propozycję. Szukam
osób które zechciały by ze mną pisać gazetkę szkolną, będzie ona jednak
widoczna tylko dla uczniów, nauczyciele będą widzieć notatki z numerologii czy
coś w tym stylu. Co o tym myślisz? W tej gazetce byłyby plotki, porady, żarty,
anegdotki i co tylko. Zebrałam już około dziesięciu osób, ale musi być ich
jeszcze trochę.
- Hmm… a kogo już masz? – Zapytała
Ginny zastanawiając się czy poradziłaby sobie w tak ważnej sprawie.
- Bethany Jones z mojej klasy, twoi
bracia Fred i George, Patricia Wilson i Astoria Greengrass z czwartej klasy,
Edward Weiler z siódmej, Padma i Parvati Patil z szóstej oraz Luna Lovegood z
Twojego rocznika.
- Łaa… sporo osób.
- Taak, postanowiłam, że muszą pisać
nie tylko Gryfoni, aby to wszystko miało sens.
- No racja, ale uważaj na
ślizgonów...
- Tak wiem. – twarz Nikki nieco
stężała, ale po chwili znowu się rozchmurzyła. – Nie będę robić nam jakichś
specjalnych spotkań, musicie mi po prostu dawać artykuły, które ja będę
sprawdzać, wprowadzać poprawki i dodawać do gazetki te które mi się spodobają.
- Dobra, spróbuję swoich sił. –
Ginny uśmiechnęła się szeroko zachwycona.
***
- Fred co jest z tobą?! – zawołał
bliźniak teatralnie wywracając oczami. – Jak jedna Ślizgonka mogła tak
namieszać w twoim poukładanym chodź szalonym świecie?!
Fred stał w dormitorium przed lustrem szarpiąc się za włosy.
- Pięknie… jeszcze zacząłem gadać do
siebie… - mruknął tym razem ciszej.
Nagle ktoś zapukał do drzwi, nastolatek skrzywił się odwracając na pięcie.
- Kto śmie zakłócać mój spokój? –
powiedział specjalnie przeciągle, aby brzmiało jakby właśnie się obudził,
szybko też wskoczył pod kołdrę i ułożył w miarę wygodnej pozycji.
- Ja, mości panie. – do środka
weszła Hermiona z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Daj mi spać. – mruknął Fred nadal
grając wykończonego.
- Wiesz Fred, aktorem jesteś
świetnym, ale mnie chyba jeszcze nigdy nie udało ci się oszukać. Plus: jak
tutaj podeszłam to usłyszałam jak ktoś krzyczy ze środka… nie wiesz może kto?
- Ugh, dobra. – mruknął nastolatek
zrzucając z siebie kołdrę, bo robiło mu się już gorąco.
Myślał gorączkowo jak jakoś wyjaśnić swoje słowa. Co on właściwie krzyczał?
Że namieszał sobie w życiu? Nie, że jakaś dziewczyna mu namieszała. Tak, to
chyba to.
- Freddie… - zaczęła Hermiona miękko
- Wiesz z kim spędziłam ten czas, gdy wyszłam stąd rano?
Nastolatek zmarszczył brwi, wcześniej mówiła, że spacerowała po błoniach.
No i skąd nagle ten temat?!
- Eee… z Filchem? – zapytał
wyszczerzając się.
- Nie, głuptasie!
- No to z kim?
- Z Teo.
- Kto to?
- Teodor Nott, Ślizgon z mojego
rocznika. – Fred wytrzeszczył oczy. – No… to teraz mów która Ślizgonka ci
wpadła w oko?
- Em… również z twojego rocznika… -
zawahał się walcząc z sobą. – Draco Malfoy.
Hermiony oczy niemal wypadły z orbit.
- CO?!?!?!?!
A Fred…. Zaczął zwijać się na dywanie ze śmiechu.
- He. Hermiono. Hahaha. Uwierzyłaś….
mi? Hahahahaha. – Po chwili uspokoił się i przyjrzał przyjaciółce, dziewczyna
też się śmiała, a po minucie a końcu wykrztusiła.
- Jesteś niemożliwy! To kto w
końcu?!
- Pansy Parkinson.
- Hmm… okej. Muszę ją poznać. Skoro
zawróciła ci w głowie nie może być taka zła jak myślałam. – uśmiechnęła się
szerzej, na zaskoczone spojrzenie Weasley’a. – No co? Przecież jesteśmy jak
rodzeństwo, a więc muszę poznać bratową.
- Kocham Cię, Hermi. – mruknął Fred
mrugając do nastolatki. – Moja ty mała siostrzyczko.
***
Drogi profesorze Dumbledore
Zapewne niewiele osób wierzy w to, że wśród wszystkich domów Hogwartu
zapanuje spokój i przyjaźń, a jednak jeśli przyjrzeć się uważniej, coraz
częściej pojawiają się znajomości między nienawidzącymi się niegdyś Ślizgonami
i Gryfonami.
Piszę więc do Pana z pewnym apelem, aby przyjrzał się pan uczniom i
spróbował ich jeszcze bardziej popchnąć ku sobie. Myślę, że w dzisiejszych
czasach będzie to bardzo przydatne.
Pozdrawiam serdecznie
Angel
***
Cho Chang weszła do biblioteki uśmiechając do bibliotekarki. Nie przepadała
za nią, ale nie chciała się z nią w kółko wykłócać, czy aby nie pobrudziła
jednej ze stronic księgi, albo nie odezwała się o ton za głośno.
Dziewczyna nie była wielką fanką książek, lecz musiała napisać referat o
Wilkołakach na pięć stóp na eliksiry. Powoli ruszyła wśród zawiłych labiryntów
półek z książkami. W końcu dotarła do działu, który ją interesował.
Zafascynował ją wielgachny tom pod tytułem „Nie do końca ludzie”, wzięła
książkę i poszła w głąb biblioteki, aby usiąść na jednym z foteli przy małym
stoliczku.
Pierwsza strona zawierała ostrzeżenie, że część informacji podanych w
książce jest w spisie legend i nie są one udowodnione magicznie. Rozdział poświęcony
wilkołakom miał numer siódmy, jednak Cho zauroczona lekturą zaczęła czytać od
samego początku.
***
- Draco chodzisz cały dzień jak skazaniec,
przecież jeszcze nic się złego nie stało. – mruknął Ron do rozbitego
przyjaciela.
- Stary, w każdej chwili ojciec może
zmusić mnie do wstąpienia w szeregi jakiejś chorej grupy do zabijania szlam, a
ty mówisz że nic się nie stało?!
- Hej wam. – Nagle znikąd pojawiła
się przy nich Ginny, co było dziwne, zwłaszcza dlatego, że zwykle podchodziła
do Rona tylko gdy ten był sam.
- Hej. – Blaise pierwszy się odezwał
i uśmiechnął delikatnie przypominając sobie poranek.
- Hej Gin, co jest? – Zapytał brat
rudowłosej, a Draco nie odezwał się, tylko przyglądał tej brązowookiej
dziewczynie z zamyśleniem.
Blaise opowiedział mu o ich dziwnej rozmowie, a właściwie to jej rozmowie z
Teo.
- Braciszku moglibyśmy porozmawiać
na osobności? – zapytała Ruda, przelotnie uśmiechając do Blaise’a, ona z kolei
nie wspominała samej rozmowy, ale moment kiedy Teo odebrał mu mowę.
- Ruda nie widzisz, że właśnie
rozmawialiśmy? – prychnął Draco krzywiąc się lekko.
- Draco daj spokój. – mruknął
Zabini, ciągnąc chłopaka lekko za ramię.
- Malfoy, o co ci chodzi? – zapytała
Ginny krzywiąc się.
- Mam zły humor. – burknął
nastolatek przyglądając się ze złością rudowłosej.
- Hmm… - nagle Weasley zamyśliła się
wpatrując w chłopaka uważnie.
Po chwili wyciągnęła w jego stronę rękę, chłopak chciał się odsunąć myśląc,
że ta ma zamiar rzucić w niego jakimś zaklęciem, ale nie zdążył. Gin nie miała
jednak tak niecnych planów jak myślał, jej dłoń wylądowała ku ogólnemu
zdziwieniu na czole blondyna.
- To nie tylko zły humor – stwierdziła
poważnie, bez agresji w głosie – to gorączka, Malfoy. Jesteś chory.
Blaise z Ronem spojrzeli na Draco z zaskoczeniem, faktycznie był lekko
czerwony, a oczy miał podpuchnięte, chociaż wcześniej myśleli, że to ze
zdenerwowania.
- No stary, idziemy do skrzydła
szpitalnego! - powiedział Ron do zaskoczonego przyjaciela.
- Idę z wami, chciałam z tobą
porozmawiać braciszku. – dodała Gin.
- Nic mi nie jest – zawołał
niezadowolony Draco, ale nim się obejrzał dwoje Weasley’ów prowadziło go do
pani Pomfrey.
***
Blaise nie poszedł z innymi, od paru dni miał pewien pomysł, który musiał
wprowadzić w życie sam.
Wpadł do pokoju Slytherinu i złapał za pergamin, zaczął coś skrobać na nim
co chwilę skreślając i zmieniając zdania, aż w końcu gdy tekst był gotowy,
przepisał go na czysto i włożył do koperty, którą pieczołowicie zapieczętował.
Podniósł się z miejsca i ruszył do sowiarni.
Na miejscu rozglądał się w pośpiechu. Nie mógł nigdzie znaleźć swojej sowy.
W końcu po kilkukrotnym przejrzeniu sów, (a było ich kilkaset) odnalazł swoją brązową sówkę. Była raczej mała,
porównując do niektórych wielkich puchaczy, ale nigdy go nie zawiodła i był
pewny, że nigdy tego nie doczeka.
Przywiązał do nóżki zwierzątka kopertę i szepnął.
- Redakcja Proroka Codziennego. – po
chwili się uśmiechnął szarmancko gdzieś w przestrzeń i mruknął do siebie. – Jak
się bawić, to się bawić. – a gdy jego mały przyjaciel odleciał, ruszył do
wyjścia.
***
- Czy to coś poważnego? – zapytała
nie zbyt przejętym głosem Ginny, pielęgniarkę.
- Nie, tylko przeziębienie, godzinka
w łóżku i trochę lekarstw wystarczy.
- W porządku. Ron, chodź, chciałam
porozmawiać. – Zwróciła się do brata i tylko kiwając głową Malfoy’owi i Pani
Pomfrey wyszła, a za nią grzecznie poszedł Ronald.
Draco został sam, nie licząc pielęgniarki, co chwila podrzucającej mu inne
specyfiki. Po dziesięciu minutach jednak i ona wyszła, nakazując zostanie w
łóżku.
Ciekawe o czym Ruda chciała pogadać z Ronem… - zastanawiał się przymykając
oczy, a jego myśli stawały się rozwiązłe i przemieszane ze snami - Ruda… ciekawe jakby do było, jakby była w
Slytherinie… Nie, jest na to za… ładna.
Nagle do skrzydła szpitalnego wpadła piękna dziewczyna, w obcisłej,
wydekoltowanej sukience i włosami spiętymi w niedbałego koka. Draco podniósł
się gwałtownie, wpatrując w piękność która szła prosto do jego łóżka.
- Malfoy… - wyszeptała dziewczyna i
już składała pocałunek na jego ustach.
- Malfoy! Gdzie jest pielęgniarka? –
ktoś wołał go, ale to nie była osoba której usta przed chwilą spoczywały na
jego.
Otworzył oczy. To był sen… tylko sen. W drzwiach stała… Pansy Parkinson.
- Pansy… - szepnął Draco, nadal w
nostalgii po swoim śnie. – Od kiedy mówisz do mnie po nazwisku? – zmarszczył
brwi.
- Od trzeciej klasy, idioto. –
warknęła.
- Brakuje mi ciebie. – powiedział,
wciąż tym samym, rozmarzonym głosem.
- Masz gorączkę? – zapytała
nastolatka unosząc jedną brew do góry.
- Chyba już nie… - odparł Draco. –
Martwisz się o mnie? – zmrużył oczy usatysfakcjonowany.
- Wręcz przeciwnie. – odparła
Parkinson, odwracając się do wyjścia.
- Czekaj! – zawołał chłopak, a Pansy
odwróciła się powoli, jakby walcząc ze sobą.
- Czy ty… - mówił powoli
rozkojarzony. – obściskujesz się z Weasleyem?! – miał zapytać czy przyjdzie do
pokoju życzeń wieczorem, ale jakoś słowa mu uciekły i się podmieniły…
- Debil! – warknęła nastolatka
wychodząc szybkim tempem z pomieszczenia.
Wzrok Malfoy’a spoczął na szafce nocnej, stała na nim buteleczka po
lekarstwie które pił, a na niej pisało: „Skutki uboczne: krótko trwałe
rozkojarzenie i zmienność nastrojów.”
- Dobrze wiedzieć… - wymamrotał
Draco ponownie zapadając w sen.
***
- A więc przyszliście… - powiedział
zimny, oschły głos.
Trzej mężczyźni ubrani w czarne jak smoła szaty stali gdzieś na niższych
partiach gór, dookoła były skały, a parę metrów dalej przepaść…
- Oczywiście… Lucjuszu. –
odpowiedział inny spokojny głos. – Wywnioskowałem z listu, że chodzi o coś
ważnego… - zaczął rozmówca, czekając na jakąś reakcję.
- Tak… to jest ważne. Bardzo ważne.
– mówił powoli, ostrożnie i z rozkoszą Malfoy. – Czy pamiętasz Derricku, jak
pojawiłem się przed twoim progiem, gdy nasi synowie mieli wyjechać, na pierwszy
rok do Hogwartu?
- Oczywiście, że pamiętam. – Odparł
trzeci głos, który zmroziłby każdego w odległości kilometra.
- Wyjaśniłeś mi wtedy, że z
wiadomych nam obojgu przyczyn, nie możesz pójść ze mną, aby stworzyć nową
władzę, która wyeliminowałaby wszystkie szlamy, zdrajców krwi i tych
przeklętych mugoli! Ale jednak, jako dobry przyjaciel zgodziłeś się na przysięgę
wieczystą i oto wypełniłem wszystkie jej warunki. – Lucjusz mówił spokojnie,
cicho, ale góry odbijały echem jego głos i wzmacniały go. – Dokładnie to samo
się stało gdy odwiedziłem, naszego drogiego Richarda. – zwrócił się w stronę
nadal spokojnie analizującego sytuację Parkinsona, a ten odparł swoim cichym
głosem.
- Mam rozumieć… - zaczął – że udało
ci się zdobyć co najmniej stuosobową armię, oraz znaleźć szpiegów w
Ministerstwie i Hogwarcie? – nie dowierzał.
- Tak właśnie się stało,
przyjacielu. Jeśli tylko zechcecie, pojawią się tu lada moment i kolejno
przedstawią, niektórych doskonale znacie. W Hogwarcie to było, nie chwaląc się,
bardzo proste. Napisałem do mojego syna, lada dzień powinien odpowiedzieć, on
będzie się nadawał idealnie.
- A co jeśli chłopak zawiedzie? –
odezwał się Richard Nott.
- To wtedy, bez skrupułów ukarze go
z największą surowością. Chciałem również zaproponować wam moi drodzy abyście
przekonali Pana Teodora i Pannę Pansy do tego… planu.
- Nie jestem pewien czy to robota dla
dziewcząt… - zawahał się Derrick.
- Ależ tak właśnie pomyślą wszyscy,
dziewczyna będzie bezpieczna.
Nott zirytowany słabością Parkinsona warknął:
- Nie masz co się z nią cackać, musi
wiedzieć gdzie jest miejsce szlam. Malfoy, kiedy zaczniemy działać?
- Już działamy, ale powoli i z
rozwagą, jak dobrze pójdzie to już niedługo na widok moich śmierciożerców każdy
człowiek na ziemi będzie umykał w popłochu.


