niedziela, 2 listopada 2014

Rozdział VI



 Rozdział spóźniony za co was przepraszam bardzo. :* Ale jest! :D Dziękuję każdemu za wspaniałe komentarze, bo to one mnie motywują do dalszego pisania! <3 Rozdziały miałam zamiar dedykować różnym osobom, ale ze względu na WSPANIAŁY, NIESAMOWITY i CUDOWNY komentarz Lupus Lumos, do znowu do niej należy dedyk! ;* Nie przedłużając zapraszam do czytania. <3

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

       - Hej, Ginny, jestem Nikki Crouch, koleżanka twoich braci. – wysoka szatynka z szerokim uśmiechem podeszła do o wiele niższej rudej nastolatki.
 - Hej, miło mi cię poznać. – odparła z lekkim uśmiechem Weasley.
Siedziała właśnie przy stole Gryfonów na obiedzie który powoli dobiegał końca.
 - Mam dla ciebie propozycję. Szukam osób które zechciały by ze mną pisać gazetkę szkolną, będzie ona jednak widoczna tylko dla uczniów, nauczyciele będą widzieć notatki z numerologii czy coś w tym stylu. Co o tym myślisz? W tej gazetce byłyby plotki, porady, żarty, anegdotki i co tylko. Zebrałam już około dziesięciu osób, ale musi być ich jeszcze trochę.
 - Hmm… a kogo już masz? – Zapytała Ginny zastanawiając się czy poradziłaby sobie w tak ważnej sprawie.
 - Bethany Jones z mojej klasy, twoi bracia Fred i George, Patricia Wilson i Astoria Greengrass z czwartej klasy, Edward Weiler z siódmej, Padma i Parvati Patil z szóstej oraz Luna Lovegood z Twojego rocznika.
 - Łaa… sporo osób.
 - Taak, postanowiłam, że muszą pisać nie tylko Gryfoni, aby to wszystko miało sens.
 - No racja, ale uważaj na ślizgonów...
 - Tak wiem. – twarz Nikki nieco stężała, ale po chwili znowu się rozchmurzyła. – Nie będę robić nam jakichś specjalnych spotkań, musicie mi po prostu dawać artykuły, które ja będę sprawdzać, wprowadzać poprawki i dodawać do gazetki te które mi się spodobają.
 - Dobra, spróbuję swoich sił. – Ginny uśmiechnęła się szeroko zachwycona.

***

       - Fred co jest z tobą?! – zawołał bliźniak teatralnie wywracając oczami. – Jak jedna Ślizgonka mogła tak namieszać w twoim poukładanym chodź szalonym świecie?!
Fred stał w dormitorium przed lustrem szarpiąc się za włosy.
 - Pięknie… jeszcze zacząłem gadać do siebie… - mruknął tym razem ciszej.

        Nagle ktoś zapukał do drzwi, nastolatek skrzywił się odwracając na pięcie.
 - Kto śmie zakłócać mój spokój? – powiedział specjalnie przeciągle, aby brzmiało jakby właśnie się obudził, szybko też wskoczył pod kołdrę i ułożył w miarę wygodnej pozycji.
 - Ja, mości panie. – do środka weszła Hermiona z szerokim uśmiechem na twarzy.
 - Daj mi spać. – mruknął Fred nadal grając wykończonego.
 - Wiesz Fred, aktorem jesteś świetnym, ale mnie chyba jeszcze nigdy nie udało ci się oszukać. Plus: jak tutaj podeszłam to usłyszałam jak ktoś krzyczy ze środka… nie wiesz może kto?
 - Ugh, dobra. – mruknął nastolatek zrzucając z siebie kołdrę, bo robiło mu się już gorąco.

     Myślał gorączkowo jak jakoś wyjaśnić swoje słowa. Co on właściwie krzyczał? Że namieszał sobie w życiu? Nie, że jakaś dziewczyna mu namieszała. Tak, to chyba to.
 - Freddie… - zaczęła Hermiona miękko - Wiesz z kim spędziłam ten czas, gdy wyszłam stąd rano?
Nastolatek zmarszczył brwi, wcześniej mówiła, że spacerowała po błoniach. No i skąd nagle ten temat?!
 - Eee… z Filchem? – zapytał wyszczerzając się.
 - Nie, głuptasie!
 - No to z kim?
 - Z Teo.
 - Kto to?
 - Teodor Nott, Ślizgon z mojego rocznika. – Fred wytrzeszczył oczy. – No… to teraz mów która Ślizgonka ci wpadła w oko?
 - Em… również z twojego rocznika… - zawahał się walcząc z sobą. – Draco Malfoy.
Hermiony oczy niemal wypadły z orbit.
 - CO?!?!?!?!
A Fred…. Zaczął zwijać się na dywanie ze śmiechu.
 - He. Hermiono. Hahaha. Uwierzyłaś…. mi? Hahahahaha. – Po chwili uspokoił się i przyjrzał przyjaciółce, dziewczyna też się śmiała, a po minucie a końcu wykrztusiła.
 - Jesteś niemożliwy! To kto w końcu?!
 - Pansy Parkinson.
 - Hmm… okej. Muszę ją poznać. Skoro zawróciła ci w głowie nie może być taka zła jak myślałam. – uśmiechnęła się szerzej, na zaskoczone spojrzenie Weasley’a. – No co? Przecież jesteśmy jak rodzeństwo, a więc muszę poznać bratową.
 - Kocham Cię, Hermi. – mruknął Fred mrugając do nastolatki. – Moja ty mała siostrzyczko.

***

Drogi profesorze Dumbledore
Zapewne niewiele osób wierzy w to, że wśród wszystkich domów Hogwartu zapanuje spokój i przyjaźń, a jednak jeśli przyjrzeć się uważniej, coraz częściej pojawiają się znajomości między nienawidzącymi się niegdyś Ślizgonami i Gryfonami.
Piszę więc do Pana z pewnym apelem, aby przyjrzał się pan uczniom i spróbował ich jeszcze bardziej popchnąć ku sobie. Myślę, że w dzisiejszych czasach będzie to bardzo przydatne.
Pozdrawiam serdecznie
Angel

***

      Cho Chang weszła do biblioteki uśmiechając do bibliotekarki. Nie przepadała za nią, ale nie chciała się z nią w kółko wykłócać, czy aby nie pobrudziła jednej ze stronic księgi, albo nie odezwała się o ton za głośno.

       Dziewczyna nie była wielką fanką książek, lecz musiała napisać referat o Wilkołakach na pięć stóp na eliksiry. Powoli ruszyła wśród zawiłych labiryntów półek z książkami. W końcu dotarła do działu, który ją interesował. Zafascynował ją wielgachny tom pod tytułem „Nie do końca ludzie”, wzięła książkę i poszła w głąb biblioteki, aby usiąść na jednym z foteli przy małym stoliczku.

      Pierwsza strona zawierała ostrzeżenie, że część informacji podanych w książce jest w spisie legend i nie są one udowodnione magicznie. Rozdział poświęcony wilkołakom miał numer siódmy, jednak Cho zauroczona lekturą zaczęła czytać od samego początku.








***

        - Draco chodzisz cały dzień jak skazaniec, przecież jeszcze nic się złego nie stało. – mruknął Ron do rozbitego przyjaciela.
 - Stary, w każdej chwili ojciec może zmusić mnie do wstąpienia w szeregi jakiejś chorej grupy do zabijania szlam, a ty mówisz że nic się nie stało?!
 - Hej wam. – Nagle znikąd pojawiła się przy nich Ginny, co było dziwne, zwłaszcza dlatego, że zwykle podchodziła do Rona tylko gdy ten był sam.
 - Hej. – Blaise pierwszy się odezwał i uśmiechnął delikatnie przypominając sobie poranek. 
 - Hej Gin, co jest? – Zapytał brat rudowłosej, a Draco nie odezwał się, tylko przyglądał tej brązowookiej dziewczynie z zamyśleniem.
Blaise opowiedział mu o ich dziwnej rozmowie, a właściwie to jej rozmowie z Teo.
 - Braciszku moglibyśmy porozmawiać na osobności? – zapytała Ruda, przelotnie uśmiechając do Blaise’a, ona z kolei nie wspominała samej rozmowy, ale moment kiedy Teo odebrał mu mowę.
 - Ruda nie widzisz, że właśnie rozmawialiśmy? – prychnął Draco krzywiąc się lekko.
 - Draco daj spokój. – mruknął Zabini, ciągnąc chłopaka lekko za ramię.
 - Malfoy, o co ci chodzi? – zapytała Ginny krzywiąc się.
 - Mam zły humor. – burknął nastolatek przyglądając się ze złością rudowłosej.
 - Hmm… - nagle Weasley zamyśliła się wpatrując w chłopaka uważnie.

       Po chwili wyciągnęła w jego stronę rękę, chłopak chciał się odsunąć myśląc, że ta ma zamiar rzucić w niego jakimś zaklęciem, ale nie zdążył. Gin nie miała jednak tak niecnych planów jak myślał, jej dłoń wylądowała ku ogólnemu zdziwieniu na czole blondyna.
 - To nie tylko zły humor – stwierdziła poważnie, bez agresji w głosie – to gorączka, Malfoy. Jesteś chory.

        Blaise z Ronem spojrzeli na Draco z zaskoczeniem, faktycznie był lekko czerwony, a oczy miał podpuchnięte, chociaż wcześniej myśleli, że to ze zdenerwowania.
 - No stary, idziemy do skrzydła szpitalnego! - powiedział Ron do zaskoczonego przyjaciela.
 - Idę z wami, chciałam z tobą porozmawiać braciszku. – dodała Gin.
 - Nic mi nie jest – zawołał niezadowolony Draco, ale nim się obejrzał dwoje Weasley’ów prowadziło go do pani Pomfrey.

***
 
      Blaise nie poszedł z innymi, od paru dni miał pewien pomysł, który musiał wprowadzić w życie sam.
      Wpadł do pokoju Slytherinu i złapał za pergamin, zaczął coś skrobać na nim co chwilę skreślając i zmieniając zdania, aż w końcu gdy tekst był gotowy, przepisał go na czysto i włożył do koperty, którą pieczołowicie zapieczętował. Podniósł się z miejsca i ruszył do sowiarni.

    Na miejscu rozglądał się w pośpiechu. Nie mógł nigdzie znaleźć swojej sowy. W końcu po kilkukrotnym przejrzeniu sów, (a było ich kilkaset) odnalazł swoją brązową sówkę. Była raczej mała, porównując do niektórych wielkich puchaczy, ale nigdy go nie zawiodła i był pewny, że nigdy tego nie doczeka.

      Przywiązał do nóżki zwierzątka kopertę i szepnął.
 - Redakcja Proroka Codziennego. – po chwili się uśmiechnął szarmancko gdzieś w przestrzeń i mruknął do siebie. – Jak się bawić, to się bawić. – a gdy jego mały przyjaciel odleciał, ruszył do wyjścia.

***

         - Czy to coś poważnego? – zapytała nie zbyt przejętym głosem Ginny, pielęgniarkę.
 - Nie, tylko przeziębienie, godzinka w łóżku i trochę lekarstw wystarczy.
 - W porządku. Ron, chodź, chciałam porozmawiać. – Zwróciła się do brata i tylko kiwając głową Malfoy’owi i Pani Pomfrey wyszła, a za nią grzecznie poszedł Ronald.

     Draco został sam, nie licząc pielęgniarki, co chwila podrzucającej mu inne specyfiki. Po dziesięciu minutach jednak i ona wyszła, nakazując zostanie w łóżku.

      Ciekawe o czym Ruda chciała pogadać z Ronem… - zastanawiał się przymykając oczy, a jego myśli stawały się rozwiązłe i przemieszane ze snami -  Ruda… ciekawe jakby do było, jakby była w Slytherinie… Nie, jest na to za… ładna.
Nagle do skrzydła szpitalnego wpadła piękna dziewczyna, w obcisłej, wydekoltowanej sukience i włosami spiętymi w niedbałego koka. Draco podniósł się gwałtownie, wpatrując w piękność która szła prosto do jego łóżka.
 - Malfoy… - wyszeptała dziewczyna i już składała pocałunek na jego ustach.
 - Malfoy! Gdzie jest pielęgniarka? – ktoś wołał go, ale to nie była osoba której usta przed chwilą spoczywały na jego.

      Otworzył oczy. To był sen… tylko sen. W drzwiach stała… Pansy Parkinson.
 - Pansy… - szepnął Draco, nadal w nostalgii po swoim śnie. – Od kiedy mówisz do mnie po nazwisku? – zmarszczył brwi.
 - Od trzeciej klasy, idioto. – warknęła.
 - Brakuje mi ciebie. – powiedział, wciąż tym samym, rozmarzonym głosem.
 - Masz gorączkę? – zapytała nastolatka unosząc jedną brew do góry.
 - Chyba już nie… - odparł Draco. – Martwisz się o mnie? – zmrużył oczy usatysfakcjonowany.
 - Wręcz przeciwnie. – odparła Parkinson, odwracając się do wyjścia.
 - Czekaj! – zawołał chłopak, a Pansy odwróciła się powoli, jakby walcząc ze sobą.
 - Czy ty… - mówił powoli rozkojarzony. – obściskujesz się z Weasleyem?! – miał zapytać czy przyjdzie do pokoju życzeń wieczorem, ale jakoś słowa mu uciekły i się podmieniły…
 - Debil! – warknęła nastolatka wychodząc szybkim tempem z pomieszczenia.

      Wzrok Malfoy’a spoczął na szafce nocnej, stała na nim buteleczka po lekarstwie które pił, a na niej pisało: „Skutki uboczne: krótko trwałe rozkojarzenie i zmienność nastrojów.”
 - Dobrze wiedzieć… - wymamrotał Draco ponownie zapadając w sen.

***

       - A więc przyszliście… - powiedział zimny, oschły głos.
Trzej mężczyźni ubrani w czarne jak smoła szaty stali gdzieś na niższych partiach gór, dookoła były skały, a parę metrów dalej przepaść…
 - Oczywiście… Lucjuszu. – odpowiedział inny spokojny głos. – Wywnioskowałem z listu, że chodzi o coś ważnego… - zaczął rozmówca, czekając na jakąś reakcję.
 - Tak… to jest ważne. Bardzo ważne. – mówił powoli, ostrożnie i z rozkoszą Malfoy. – Czy pamiętasz Derricku, jak pojawiłem się przed twoim progiem, gdy nasi synowie mieli wyjechać, na pierwszy rok do Hogwartu?
 - Oczywiście, że pamiętam. – Odparł trzeci głos, który zmroziłby każdego w odległości kilometra.

     - Wyjaśniłeś mi wtedy, że z wiadomych nam obojgu przyczyn, nie możesz pójść ze mną, aby stworzyć nową władzę, która wyeliminowałaby wszystkie szlamy, zdrajców krwi i tych przeklętych mugoli! Ale jednak, jako dobry przyjaciel zgodziłeś się na przysięgę wieczystą i oto wypełniłem wszystkie jej warunki. – Lucjusz mówił spokojnie, cicho, ale góry odbijały echem jego głos i wzmacniały go. – Dokładnie to samo się stało gdy odwiedziłem, naszego drogiego Richarda. – zwrócił się w stronę nadal spokojnie analizującego sytuację Parkinsona, a ten odparł swoim cichym głosem.
 - Mam rozumieć… - zaczął – że udało ci się zdobyć co najmniej stuosobową armię, oraz znaleźć szpiegów w Ministerstwie i Hogwarcie? – nie dowierzał.
 - Tak właśnie się stało, przyjacielu. Jeśli tylko zechcecie, pojawią się tu lada moment i kolejno przedstawią, niektórych doskonale znacie. W Hogwarcie to było, nie chwaląc się, bardzo proste. Napisałem do mojego syna, lada dzień powinien odpowiedzieć, on będzie się nadawał idealnie.
 - A co jeśli chłopak zawiedzie? – odezwał się Richard Nott.
 - To wtedy, bez skrupułów ukarze go z największą surowością. Chciałem również zaproponować wam moi drodzy abyście przekonali Pana Teodora i Pannę Pansy do tego… planu.
 - Nie jestem pewien czy to robota dla dziewcząt… - zawahał się Derrick.
 - Ależ tak właśnie pomyślą wszyscy, dziewczyna będzie bezpieczna.
Nott zirytowany słabością Parkinsona warknął:
 - Nie masz co się z nią cackać, musi wiedzieć gdzie jest miejsce szlam. Malfoy, kiedy zaczniemy działać?
 - Już działamy, ale powoli i z rozwagą, jak dobrze pójdzie to już niedługo na widok moich śmierciożerców każdy człowiek na ziemi będzie umykał w popłochu.

piątek, 10 października 2014

Rozdział V



No i jest kolejny rozdział! <3 Cieszę się strasznie, że udało mi się go napisać. ^^ 
Bardzo dziękuję za każdy komentarz który od was dostałam, one mnie motywują, żebym pisała kolejne rozdziały! :D
Pozwolę sobie podziękować i dedykować ten rozdział: Alicji która poprawia każdy mój tekst, żeby nie było za dużo błędów oraz Lupus Lumos która komentuje niemal każdy post i jest ze mną odkąd zaczęłam pisać tego bloga! <3


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

        - Mam szukać ludzi z zeszytami? Zgłupiałaś?! – Draco mówił podniesionym głosem.
 - Nie z jakimiś tam zeszytami. – odpowiedział mu spokojny cichy głos Luny. – Ale, ty się już pewnie domyślasz o jakie zeszyty chodzi. Mówi ci coś ten cytat: „Niby zeszyt jak zeszyt, szary itd., ale ktoś na okładce narysował małą dziewczynkę w postaci anioła, trzymającego w rękach serce.”?
Dracona zatkało. To był słowo w słowo jego tekst! To on to napisał!
 - S-skąd? – wyjąkał.
 - Niektórych rzeczy człowiek nie zrozumie. – odpowiedziała zamyślona dziewczyna. – Podpowiem ci, że jest ich osiemnaście. Wiesz Draconie, są czary które trudno zrozumieć normalnej osobie, ale w swojej grupie będziecie je zgłębiać, a ja wam pomogę. Tylko pamiętaj! Ja jestem dla innych tylko jedną ze zwerbowanych przez ciebie uczennic. I nikt nie może wiedzieć, że znam treści pisane w tych dziennikach. – chłopak skrzywił się. - To dla waszego dobra, nie chcesz wiedzieć, jakie były inne wersje tej historii.
 - Historii?
 - Tak. Tej w której żyjemy.

***

        - Więc widzę was wieczorem! – wykrzyknął Ron do rodzeństwa i Granger wychodząc z wielkiej Sali.
Skierował się w stronę dormitorium, ale na jednym z korytarzy spotkał Dracona.
 - I jak, dowiedziałeś się czegoś?
 - Aż za dużo. – mruknął chłopak nadal zamyślony.
 - I co? Komu możesz ufać? – dopytywał się Ronald.
 - Ludziom z zeszytami. – prychnął Malfoy.
 - Co?
 - To! Mam ufać ludziom którzy mają zeszyty z tymi cholernymi aniołkami! – wykrzyknął wkurzony Draco, a Ron pobladł.

       Malfoy, który już oprzytomniał i spostrzegł reakcję kolegi przyjrzał mu się uważnie.
 - Masz taki, prawda?
 - Ee… znaczy ja znalazłem ostatnio na błoniach…
 - W sumie mogłem się tego domyślić… też taki mam i Lovegood też, więc musimy znaleźć jeszcze piętnaście.
 - Jak zamierzasz sprawdzić kto ma pamię… dziennik?
 - Trzeba będzie jakoś to zrobić…
- A może tak iść na szczerość?
 - I co będę jak głupi pytał wszystkich czy nie znaleźli przepadkiem anielskiego zeszyciku?!
 - Nie wszystkich, tylko osoby które uważamy za odpowiednie do twojej… eee… grupy?
 - A kogo to obchodzi, może być i sabat czarownic. – Weasley wybuchnął śmiechem, a zaraz po nim Draco.

***

       - Stary, wielkie dzięki. – powiedział Blaise spoglądając na Teo. – Przecież Draco by mnie zabił jakby przeze mnie nikt nie przyszedł.
 - Spoko. – odpowiedział Nott lekko się przy tym uśmiechając co u niego było rzadko spotykane.
 - To co, przyjdziesz na spotkanie?
Teodor chwilę się zawahał, ale w końcu odpowiedział krótko.
 - Tak.
 - To fajnie. – uśmiechnął się chłopak.

***

     Draco szedł spokojnie po korytarzach rozglądając się na boki. Niedawno rozmawiał z Weasleyem, Zabinim i Nottem, postanowili się rozdzielić i spróbować wyhaczyć wzrokiem kogoś kto mógłby potencjalnie należeć do ich małego sabatu.

     Nagle niedaleko przechodziła Astoria, chłopak przygryzł wargę niezdecydowany, pierwszy raz miał problem z podejściem do dziewczyny. W końcu jednak zdecydował się i podszedł. Złapał ją za rękę, aby nie odchodziła. Dziewczyna zerknęła za siebie i zmarszczyła brwi zaskoczona.
 - Eee… moglibyśmy chwilę porozmawiać? – zapytał chłopak niepewnie.
 - Okej, ale szybko zaraz mam transmutację.
 - Słuchaj bo ja mam… pewien problem. Zbieram wybrane osoby z którymi chciałbym się spotkać wieczorem żeby, yyy… porozmawiać i wyjaśnić o co mi chodzi. – wyjaśnił zacinając się Draco.
 - Wiesz, na wieczór jestem umówiona z Lee…
 - Z kim?!
 - Z Lee. Lee Jordanem. – powiedziała hardo dziewczyna, spoglądając na nastolatka wyzywająco.

      To się właśnie Malfoyowi podobało w Greengrass, jak miała swoje zdanie to za nic go nie zmieni. Trochę tak jak Pansy. Właśnie! Przecież trzeba namówić jeszcze Parkinson. A no i miał się zapytać dlaczego obściskuje się z jakimś Gryfonem.
 - Okej…  - chłopak zaczął powoli zastanawiając się co dalej. – No to… weź go ze sobą. – ostatnie cztery słowa niemal wypluł i zaczął się zastanawiać czy dobrze zrobił.

       Astoria spojrzała Draconowi w oczy zaskoczona.
 - Poważnie?! – chłopak kiwną tylko głową. – Okej, niech będzie. O której i gdzie?
 - O dziewiętnastej w pokoju życzeń.
 - Gdzie? – dziewczyna zmarszczyła brwi.
 - Aaa nie znasz tego miejsca, spotkajmy się przed wejściem do lochów niech przyjdzie też twój „przyjaciel”. – powiedział krzywiąc się nieznacznie przy ostatnim słowie.
W tym momencie zadzwonił dzwonek i była para rozeszła się do klas nawet na siebie nie spoglądając.

***

      Fred z Georgem i Hermioną wesoło ruszyli po dzwonku w stronę bijącej wierzby, już jakiś czas temu odkryli, że można tędy przejść prosto do Hogsmeade. Tak naprawdę Hermiona powinna iść do klasy OPCM, a bliźniacy mieli teraz Historię Magii, ale wagary raz na jakiś czas nie zaszkodzą.
 - Jestem ciekawa kto będzie na tym ich spotkaniu… - powiedziała Granger.
 - Miejmy tylko nadzieję, że nie sami Ślizgoni. – skrzywił się zniesmaczony George, a Fred przygryzł wargę i nic nie powiedział.
Dziewczyna zauważyła nietypową reakcję jednego z bliźniaków, ale nie skomentowała tego.

     W piwnicy miodowego królestwa trójka przyjaciół poczuła się jak w domu, właściciel był przyzwyczajony do tego, że ta trójka często pojawia się tu znikąd.  Co więcej, nie mieli nic przeciwko temu, że bliźniacy nawet przeważnie nie wychodzili na górę, tylko brali w piwnicy to co potrzebowali i zostawiali odliczoną kwotę.

     W piwnicy było bardzo przytulnie. Ściany wyłożone Kamieniami, a w kącie kominek. W dużym pomieszczeniu wszędzie walały się takie słodycze jak: Cukrowe pióra do pisania, Czaszki z galarety, Czekoladowe kociołki, różdżki, gały, szkielety i żaby, Dyniowe paszteciki, Fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta, Kwachy i Lodowe myszy, oraz mnóstwo innych przysmaków.

      Tym razem jednak trójka przyjaciół wyszła z piwnicy i skierowała się do Pubu pod Trzema Miotłami. Gdy weszli do środka, rodzeństwo ruszyło kupić potrzebne im napoje, a Hermiona usiadła przy jednym z wolnych stolików, oddalonych znacznie od kasy, gdy po kilkunastu minutach zobaczyła, że chłopcy otrzymali już wszystko co potrzebowali i płacą, wyszła z pomieszczenia jak gdyby nigdy nic.

       - Jak tam Hermiono, nie zanudziłaś się? – zapytał Fred ze śmiechem.
 - Nie, ale było blisko, kupiliście miód z korzeniami? – zapytała z nadzieją szesnastolatka, która bardzo lubiła ten alkohol.
 - Jasne, ale nie wiem, czy powinniśmy nim częstować niepełnoletnią uczennicę… - powiedział George z udawaną powagą, za co dostał łokciem w brzuch.
 - Ja nie będę taki surowy, jak chcesz możesz wypić wszystko. – uśmiechnął się sugestywnie Fred, a Hermiona się zarumieniła.

      Parę miesięcy temu, wypiła trochę za dużo i tańczyła po pokoju śpiewając jak bardzo kocha bliźniaków, za to, że dali jej ten, jak to powiedziała, napój bogów.
 - To była wasza wina. – powiedziała dziewczyna, wiedząc, że wszyscy wspominają tą samą sytuację.
 - Wcale nie, jesteś po prostu zbyt przekonująca, jak czegoś chcesz. – odparł Fred szturchając Hermionę delikatnie w bok.
 - Dobrze wiedzieć. – uśmiechnęła się nastolatka uroczo. – W takim razie, może nie pójdziemy dzisiaj w ogóle na lekcje?

***

      Harry rozglądał się mimowolnie po klasie OPCM zawiedziony.
Hermiony nigdzie nie było.
Luna miała teraz inne lekcje i nie mógł spoglądać na drugi obiekt swoich westchnień.
 - Harry, co robisz dziś popołudniu? – zapytała nagle Lena Hunter, z jego klasy, siedząca ławkę dalej.
 - Nic, a co? – odpowiedział nastolatek.
 - Wiesz pomyślałam, że może pouczyłbyś mnie gry w quidditch’a? Chciałabym się dostać do drużyny, w tym roku, ale nie jestem pewna czy sobie poradzę…
 - Hmm… - zawahał się chłopak wpatrując się w nastolatkę.

      Lena była jedną z przyjaciółek Hermiony, była bardzo ładna, miała długie kręcone brązowe włosy i niebieskie oczy, ubierała się jego zdaniem nieco zbyt skąpo, ale z gustem. Koło nastolatki siedziała Lily Moore, miała długie ciemno blond włosy i oczy takiego samego koloru jak Hunter, patrzyła na Pottera ciekawa jego reakcji.
 - No dobra, mogę cię pouczyć. – powiedział, a dziewczyna obdarzyła go czarującym uśmiechem.
 - To o 17 na boisku? – zapytała nieco zbyt głośno i wszyscy odwrócili się w nich stronę, a dziewczęta spojrzały na Lenę złowrogo, pewne że umówiła się z nim na randkę.

 ***

       - Hermiono już wystarczy, za pięć godzin mamy szlaban nie możesz iść na niego pijana. – mówił George krzywiąc się.
 - Przecież piję tyle co wy. – skrzywiła się urażona nastolatka.
 - Tak, ale dobrze wiesz, że masz słabą głowę. – powiedział Fred próbując zabrać dziewczynie butelkę Cherry.
 - Pfff… dobra. – mruknęła obrażona Hermiona i wyszła z pokoju chłopaków w którym siedzieli we trójkę.

      Z początku bliźniacy śmiali się z poczynań dziewczyny jednak gdy dziewczyna nie wróciła po dziesięciu minutach, zdali sobie sprawę z tego, że właśnie nastolatka, która wypiła sporo alkoholu chodzi po szkole w godzinach lekcyjnych i zerwali się z miejsc.

      Hermiona rzeczywiście nie myśląc do końca trzeźwo wyszła sobie na spacer do… lochów.
Gdy szła tak oglądając wspaniałe „widoki” pajęczyn i kurzu (co robi woźny Filch?), natknęła się nagle na innego ucznia również spacerującego po korytarzu.
 - Hej – uśmiechnęła się promiennie Hermiona i zerknęła na chłopaka idącego w jej kierunku, gdy zdała sobie sprawę kto to jest, skrzywiła się nieco, jak dziecko które dostało inny kolor zabawki niż chciało.
 - Eee, hej? – powiedział Nott unosząc brwi.
      Dopiero gdy podszedł bliżej zrozumiał, że nastolatka nie jest do końca trzeźwa. Sam zrobił sobie małe wagary bo miał mieć właśnie Wróżbiarstwo którego nienawidził, ale on przynajmniej nie świętował tego alkoholem.

     Jak na złość dla obojga nagle niedaleko nich wyrósł Snape. Hermiona jak wystraszona dziewczynka odruchowo przytuliła się do Teodora, a on nie myśląc wiele, wziął ją szybko na ręce i powiedział do profesora:
 - Dzień dobry, profesorze. Muszę iść z Granger do Pani Pomfrey, gdyż źle się poczuła na lekcji. – i nim profesor coś powiedział wziął ją z zasięgu jego wzroku.

      Odruchowo poniósł ją do pokoju wspólnego Ślizgonów i posadził na zielonej kanapie, w pobliżu na szczęście nikogo nie było.
 - Co ty wyprawiasz Granger? – powiedział Nott, spokojnie jak zwykle.
 - Nie wierzę… - odparła Gryfonka z otwartą buzią. – Nie wydałeś mnie Profesorowi!
 - A po co miałbym to robić? Żebym sam wpadł w tarapaty, za wagarowanie?
 - Snape by cię nie wydał. – powiedziała nastolatka, która zaczęła już myśleć trzeźwiej.
 - Ugh, nie mogłabyś po prostu podziękować. – skrzywił się Teodor, nie wiele sobie po tym obiecując, ale ku swojemu zdziwieniu Hermiona powiedziała grzecznie.
 - Dziękuję. Muszę iść do mojego dormitorium! – dodała nagle, zdając sobie w pełni sprawę z tego, że siedzi na Ślizgońskiej kanapie, podczas gdy w każdej chwili ktoś tu może przyjść i ją zobaczyć.

      Pokój miał kamienne ściany i niskie sklepienie, a z sufitu zwisały na łańcuchach zielonkawe lampy. Wszystko tutaj, było w różnych odcieniach koloru Slytherinu. Pokój był utrzymany raczej w ciemnych barwach.

        - No przecież nie możesz przejść przez cały Hogwart w takim stanie. To cud, że wcześniej nikt cię nie złapał. – Powiedział Nott zastanawiając się, po co w ogóle martwi się Gryfonką. Nic do niej nie miał, ale też przeważnie nie interesował się nikim z poza jego domu.
Hermiona główkując nad tym samym w końcu kiwnęła głową.
 - Okej, niech będzie, ale mój stan jest w porządku.

        Teodor tylko pokręcił głową, ale się nie odezwał.
 - Idziesz na dzisiejsze spotkanie, prawda? – zapytał nagle chłopak.
 - Taak… - powiedziała Granger z lekkim wahaniem.
 - To dobrze. – mruknął chłopak spoglądając w okno.
 - Powiesz mi, o co chodzi z tym spotkaniem?
 - Nie.
 - Dlaczego? – zapytała dziewczyna krzywiąc się.
 - Bo dowiesz się wieczorem.
 - Ehh, ja się tu zanudzę, jak mi nic nie opowiesz.
 - A co mam ci opowiedzieć? Chyba nie bajkę. – zakpił chłopak.
 - Powiedz mi jak to jest być Ślizgonem.
 - Chyba nie rozumiem. – Nott przekrzywił lekko głowę, zastanawiając się.

      - To proste. Ja będąc Gryfonką czuję dumę. Wiem, że Gryfoni są dobrzy, odważni i wierni przyjaciołom. Teraz ty.
 - Szczerze? – zapytał chłopak i nie czekając na reakcję dziewczyny wyrzucił z siebie. – To jest okropne! Niby jestem synem arystokratów i powinienem być w siódmym niebie, a tak naprawdę wolał bym mieszkać wszędzie byle nie z nimi. Trafiłem tutaj tylko przez chore marzenia mojego ojca i mojej matki. Tiara uważała, że powinienem iść do Gryffindoru, ale przekonałem ją, żeby zrobiła inaczej, aby moi rodzice byli dumni. Chciałem, żeby mnie wreszcie docenili, ale oni tylko są zawiedzeni, że nie znajduję przyjemności w obrażaniu mugolaków! A teraz chcieliby, abym nie istniał, bo utrudniam im rozwód.

      Hermionę zatkało. Te słowa były tak szczere i pełne żalu, że kompletnie nie wiedziała co powiedzieć, przygryzła tylko wargę wpatrując się w jego przepełnione smutkiem oczy, z których zniknęła maska obojętności i spokoju.